Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drugie pokolenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drugie pokolenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 14- Alex


Nie wyszedł mi ten rozdział. Jest strasznie przesłodzony i w ogóle. Ale trudno, wena gdzieś zniknęła. Przepraszam za błędy i zapraszam do czytania.

Proszę o komentarze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Leżałem na kanapie w pokoju wspólnym gryfonów i starałem się na nowo przywołać sen. Całą wczorajszą noc świętowaliśmy wygraną w meczu z krukonami. Była wielka balanga, trochę ognistej no i… film mi się urwał.

- Cześć braciszku! – zawołała Marie przysiadając się obok mnie na fotelu. Przekręciłem lekko głowę i spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek. Moja siostra uśmiechała się szeroko, a jej oczy błyszczały wesoło. W ręku trzymała nowy blok rysunkowy i pudełko kredek.

- Możesz być ciszej- jęknąłem odwracając się do niej plecami.

- Ktoś tu chyba ma kaca- dziewczynka roześmiała się głośno jednocześnie sprawiając, że ból głowy uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Wykorzystując jak najmniejszą ilość energii, wziąłem do ręki jedną z poduszek i z całej siły rzuciłem nią w stronę jedenastolatki. Ta jednak uniknęła ciosu i dalej chichrając się pod nosem siłą ściągnęła mnie z kanapy. Przeklinając Merlina, Godryka, Salazara, Rovenę, Helgę, Dumbledora i wujka Pottera, dałem się zaciągnąć do Wielkiej Sali gdzie czekało już śniadanie.

Mimo kiepskiego samopoczucia to tak naprawdę cieszyłem się, że w końcu spędzę z Marie trochę czasu. Od czasu zniknięcia taty miałem tyle zmartwień, tyle rzeczy do przemyślenie, że w końcu zapomniałem o młodszej siostrze. A przecież kiedyś spędzaliśmy ze sobą tyle czasu. Razem przekradaliśmy się przez bariery ochronne na farmie i podglądaliśmy pracę smokerów. To właśnie ona pomogła mi wymyśleć prezent urodzinowy dla Asi kiedy nie mogłem na nic wpaść. Od zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi.

- Mamy bardzo ważną sprawę do obgadania- zaczęła smarując sobie tosta masłem.

- A niby co takiego się stało? – zapytałem dłubiąc widelcem w jajecznicy. Głowa nadal mnie bolała, ale po wypiciu dwóch szklanek lodowatej wody, poczułem się trochę lepiej.

- Jak dobrze wiesz- moja siostra uśmiechnęła się chytrze – Niedługo, bo już za dwa tygodnie, jest bal Walentynkowy.

- No i? – wzruszyłem ramionami. Wiedziałem, że prędzej czy później dyrekcja będzie musiała coś zorganizować, ale czy będzie to w Walentynki czy w dzień Świstka mało mnie to obchodziło.

- To, że ja nie mogę iść bo jestem za młoda nie znaczy, że ty masz iść sam- obruszyła się Marie wymachując nożem. Przełknąłem ślinę. Ta mała i ostre narzędzie to złe połączenie.

- Coś sugerujesz?

- Otóż- skrzyżowała ręce na piersi i uśmiechnęła się triumfująco- Masz czterdzieści osiem godzin na zaproszenie Olivii na ten bal.

- A dlaczego Olivii?

- A dlaczego nie?

- A dlaczego tak?

Dziewczynka przewróciła oczami przybierając minę która wskazywała, że uznaje mnie za idiotę. 

- Na logikę rzecz biorąc- zaczęła- Nie udałoby mi się zmusić cię do zaproszenia jakiejś prawie obcej ci dziewczyny. Z tych które znasz bardzo dobrze została tylko Olivia bo w Susan podkochuje się Fred, a do Juli maślane oczka robi taki jeden puchon z siódmej klasy.

- A dlaczego ja w ogóle mam iść na ten bal? – zapytałem.

- Och, po prostu to zrób- powiedziała Marie robiąc „słodkie oczka”.  – Proszę…

- Niech ci będzie- machnąłem ręką. Moja siostra poderwała się ławki i piszcząc jak małe dziecko rzuciła mi się na szyję.

Mina McGonagall była niezapomniana.

∞∞∞∞∞∞

Ja burza wpadłem do swojego pokoju. Moich drogich kuzynów nie było, Rade spał pochrapując cicho, a Lucas leżał na łóżku i coś czytał.

- Rade, przyjacielu ty mój!- wykrzyknąłem ściągając kołdrę z chłopaka.

- Mnie też miło cię widzieć, Alex- mruknął ze złością szukając okularów.

- Musisz mi pomóc – powiedziałem przysiadając na skraju swojego łóżka. – To małe coś co podobno jest moją siostrą, kazało mi zaprosić Olivie na bal walentynkowy. A ja się zgodziłem!

- I w czym takim mam ci pomóc- zapytał drapiąc się po głowie.

- Chodzi o to- zacząłem- że ty, jako taki super hiper czytelnik, na pewno wiesz jak się do tego zabrać. W tych książkach na pewno coś jest na ten temat – spojrzałem na mojego przyjaciela błagalnym wzrokiem.

- Po pierwsze nie czytam romansideł. Po drugie nie mam pojęcia jak się do tego zabrać, sam ma podobny problem. Po trzecie, zapytaj Lucasa! – krzyknął wskazując na blondyna który  zaciekawieniem przysłuchiwał się naszej jakże ciekawej konwersacji

- A niby dlaczego? – zapytałem zdziwiony. Rade uśmiechnął się chytrze i poprawił okulary.

- Otóż twój drogi przyjaciel- zaczął chłopak- Wczoraj, po skończonym meczu, zapytał twoja siostrę czy pójdzie z nim na bal.

- Naprawdę? – popatrzyłem zdziwiony na Lucasa. Ten, przybrawszy iście pomidorowy kolor twarzy, pokiwał szybko głową.

- Po prostu podchodzisz, zdajesz pytanie i albo się zgadza albo nie- blondyn wzruszył ramionami. Prychnąłem. Dla niego zawsze wszystko jest proste. Dostanie się do drużyny, zdanie bardzo dobrze egzaminów, zaproszenie dziewczyny na bal… No, ale jego ojciec jest wojskowym raczej bardzo życia mu nie komplikował.

- A ty nie masz zamiaru nikogo zaprosić? – zwróciłem się do Rade.

- Jest taka krukonka- zaczął nieśmiało - Alison Benetry, i tak myślałem…

- Dobra, nie było pytania – podniosłem ręce do góry.

Czując, że nic więcej nie wyciągnę z chłopaków zszedłem do Pokoju Wspólnego mając nadzieje znalezienia tam Asi. Miałem zamiar zapytać ją czy to z Lucasem to prawda. Zamiast tego, na dole, zastałem kilku chłopców z pierwszej klasy, których imion nie pamiętałem, jedną z trzecioklasistek Kleo i… Olivie. Przełknąłem ślinę i niepewnie podszedłem do dziewczynę, która siedziała przy jednym ze stolików i czytała jakąś książkę.

- Co czytasz? – zapytałem starając się ukryć zdenerwowanie.

- Smoki zagrożone. Dlaczego znikają? – odpowiedziała lekko podnosząc książkę bym mógł zobaczyć okładkę. Na policzkach przyszłej smokerki lśniły delikatne rumieńce, a oczy błyszczały wesoło. Zawsze tak wyglądała gdy rozmowa schodziła na smoki. Moja siostra twierdziła, że ja i tata, mamy podobnie, ale na pewno nie wyglądamy tak… uroczo. Alex, ogarnij się, zaczynasz wariować.

- Newtona Scamandera? Nie czytałem – zagryzłem wargę próbując wymyśleć coś jeszcze.

- Wyszła nie dawno, wydanie pośmiertne. Babcia dała mi z okazji Świąt – wyjaśniła. Myślałem, że teraz wróci do czytania książki lecz jej wzrok utkwiony był we mnie. Odetchnąłem głęboko starając się przypomnieć wszystko co kiedyś słyszałem o rozmowach z dziewczynami.

A kiedyś było tak łatwo! Jeszcze parę tygodni temu mogłem rozmawiać z Olivia zupełnie normalnie. Gadaliśmy o smokach, ofertach i możliwościach pracy na różnych farmach, o denerwujących nauczycielach. Jedynym tematem jakiego nigdy nie poruszaliśmy byli nasi rodzice. Jedynym wyjątkiem był wieczór zaraz po powrocie do Hogwartu. Siedzieliśmy wtedy w bibliotece i dokładnie omawialiśmy każdy możliwy powód dla którego Christie ich porwał. Nic nie wymyśliliśmy.

W końcu, próbując opanować zdenerwowanie, usiadłem obok i nie patrząc w jej oczy zapytałem:

- Pójdziesz ze mną na bal?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział 12 - Marie


Niedowierzenie, przerażenie i szczęście. Te trzy uczucia mieszały się w mojej głowie i wywracały mój mózg na drugą stronę. Chcąc trochę ochłonąć usiadłam na jednym z dwudziestu biurowych krzeseł po czym odetchnęłam parę razy. Spojrzałam na Asię która sparaliżowana wpatrywała się w duży ekran. Nie wyglądała najlepiej. Twarz miała bladą, a jej szczęka drgała spazmatycznie.

- Tata? – zapytał cicho Alex.

- Nie mam dużo czasu- tata spojrzał przez ramię jakby chciał zobaczyć czy ktoś nie idzie. Znajdował się w jakimś małym pokoju przypominającym celę. – Mam nadzieję, że to nagranie nie wpadnie w niepowołane ręce. Muszę w nim wszystko wyjaśnić, ale będę się sprężać- odetchnął głęboko.  Lekko zdenerwowana postukałam opuszkami palców o blat długiego stołu. – Za porwaniami i tą całą aferą stoi John Christie. Jest on także odpowiedzialny za ataki na dzieci smokerów. Ma też coś wspólnego z tym co się stało sześć lat temu…. – w tym momencie obraz taty zaczął się rozmazywać by chwile później zamienić się w szary, szumiący obraz. Wujek Harry rzucił do stojącej w kącie konsoli i zdesperowany próbował przywrócić połączenie.

- Cholera! – wujek walnął pięścią w klawiaturę. – Badziewne, mugolskie ustrojstwo.

- Co to wszystko ma znaczyć? – zapytałam patrząc to na rodzeństwo to na aurorów.

- Nagranie wiele wyjaśnia- powiedział wujek Ron. – Ale o co chodziło z tym sześć lat później?

- Mama- Asia usiadła gwałtownie i schowała twarz w dłoniach. Ja sama niewiele rozumiałam z tego co się dzieje i co z tym wszystkim wspólnego ma mama. Zginęła w ataku terrostycznym gdy byłam bardzo mała i średnio ją pamiętam. Za to dobrze wiedziałam, że mojej siostrze bardzo jej brakowało.

- Tacie chyba chodziło o tę bombę w metrze- wyjaśnił Alex. – Według niego za tym też stoi Christie Ale dlaczego…

- …. atakuje dzieciaki? – zapytałam siebie samą.  Spojrzałam pytającym wzrokiem na otaczających mnie ludzi. Zauważyłam, że Nicolas przygryza ze zdenerwowaniem wargę.

- Może… zrobimy sobie pół godziny przerwy- zaproponował młody auror. Wszyscy zgodnie pokiwaliśmy głowami. Nie patrząc na resztę wstałam szybko i wyszłam z pomieszczenia. Musiałam trochę odetchnąć, a do tego miałam małą misje do wykonania. 

Oczywiście dobrze wiedziałam, że widok jedenastoletniej dziewczynki plączącej się po korytarzach ministerstwa może wzbudzić podejrzenia. Jednak zdawałam sobie sprawę, że to najprawdopodobniej jedyna okazja żeby zdobyć to czego potrzebuje.

Jeszcze przed wyjazdem na święta, razem z Sofią i Kate ustaliłyśmy jakie materiały są nam potrzebne by udowodnić niewinność Glizdogona.  Pierwszą, podstawową rzeczą była stara jak Merlin książka o magii starożytnej pozwalającej kontrolować ludzi lepiej niż za pomocą zaklęcia Imperio. Jedyny jej egzemplarz znajdował się w Magicznej Bibliotece Narodowej której siedziba była właśnie tu, w Ministerstwie. Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o małym, mugolskim aparacie pożyczonym od Kate.

Korzystając z wiszących na ścianach map, przedarłam się przez kilka pięter i po niecałych dziesięciu minutach znalazłam się w olbrzymim pomieszczeniu całym wypełnionym regałami z książkami. Szybkim krokiem pokonałam drogę dzielącą mnie od interesującego mnie działu i zaczęłam szukać odpowiedniej pozycji. Po paru sekundach zadowolona wysunęłam dosyć cienką książkę oprawioną w gruby zielony papier. Na okładce, złotymi literami wyhaftowany był tytuł „Zapanować na umysłem”. Szczęśliwa wyjęłam aparat i najszybciej jak umiałam zaczęłam robić zdjęcia. Właśnie kończyłam gdy usłyszałam jak ktoś się zbliża. Wsunęłam księgę na miejsce, schowałam urządzenie do kieszeni i uśmiechnęłam się szeroko gdy zza rogu wyłoniła się starsza kobieta jak widać bibliotekarka.

- A co ty tu robisz kochanie? – zapytała czarownica poprawiając okulary połówki.

- Zgubiłam się – powiedziałam starając się wyglądać jak najpewniej. – Szukam wujka, pracuje w dziale aurorów- spojrzałam na starszą panią moim najsłodszym wzrokiem. Ta tylko machnęła ręką nakazując bym do niej podeszła po czym powiedziała:

- Prosto do końca korytarza, potem dwa piętra do góry, w prawo, miniesz dział zgłoszeń, skręcisz w lewo i będziesz na miejscu- wyjaśniła. Podziękowałam jej uprzejmie po czym pobiegłam w wskazanym kierunku śmiejąc się pod nosem. Dłoń cały czas trzymałam na ukrytym w bluzie aparacie.

Weszłam do jednej z wind. O dziwo była zupełnie pusta. Widząc to dałam się w końcu ponieść emocją i zapiszczałam z radości. Byłam o krok bliżej do wypełnienia udowodnienia niewinności Petera. A do tego tata żył! Wszystko szło w optymistycznym kierunku.

Klasnęłam w ręce i w tej chwili stało się coś niezwykłego. Na końcu moich palców pojawiły się delikatne, czerwone płomyki, a winda nagle stanęła. Przestraszona cofnęłam się gwałtownie i wpadłam na pulpit kontrolny wciskając jeden z przycisków. Rozległ się ogłuszający alarm, a wiszące pod sufitem lampy zaświeciły zielonym światłem.

Wzięłam parę głębokich wdechów by się uspokoić. To nic takiego, zwykła awaria. A jednak… Te płomienie były bardzo podejrzane. Zdawałam sobie sprawę, że może być to pierwsze objawy zdolności panowania nad ogniem, jednak z tego co wiedziałam pojawiały się one dopiero koło czternastego roku życia. Zresztą zawsze wydawało mi się, że akurat ja na pewno smokerką nie zostanę. Byłam raczej spokojna i choć nie miałam nic do smoków to nie wyobrażałam sobie spędzenia reszty życia w ich towarzystwie. Oczywiście nie musiałam w przyszłości zajmować się gadami. Mogłam zostać kimkolwiek mi się podoba. Prawnikiem, klownem, reporterką Proroka Codziennego. Każdym! Jednak…

To wszystko wydawało się coraz bardziej skomplikowane, a od odgłosów alarmu zaczęła mnie boleć głowa. Zamknęłam na chwilę oczy by spróbować odciąć się od świata. Średnio mi to wyszło, ale w tym momencie winda ruszyła. Poderwałam się z ziemi i starając się przybrać neutralna minę stanęłam przed drzwiami.

- Marie, tu jesteś! – krzyknął Alex gdy urządzenie w końcu stanęło.

- Była jakaś awaria- powiedziała stojąca obok niego Asia. – Nie wiedzą jeszcze co ją spowodowało, ale badają sytuacje – W tej chwili między dwójka mojego rodzeństwa przepchnął się wujek Harry. Okulary miał lekko przekrzywione, a na czole widniały kropelki potu.

- Nie chcę wam przerywać tej wyjątkowo ciekawej dyskusji- zaczął – ale natychmiast musicie wracać do biura. Uzgodniliśmy coś bardzo ważnego.

Wymieniliśmy zdumione spojrzenia po czym biegiem udaliśmy się w wskazane miejsce. Czekali już tam na nas pozostali dwaj aurorzy.

- Niestety mamy dla was złą wiadomość- zaczął Nicolas- Nie udało nam się namierzyć urządzenia z którego nagranie zostało wysłane. Przypuszczamy też, że zostało ono nagrane przed naszą wczorajszą akcją.

- Jednak- wujek Ron uśmiechnął się delikatnie- Mamy parę nowych tropów i musimy je zbadać. Jednak ze względu na to, że Christie najprawdopodobniej planuje kolejne zamachy na dzieci smokerów…

-… kiedy tylko wrócicie do Hogwartu będziecie mieć kategoryczny zakaz opuszczania go, chyba, że w grupie co najmniej sześcioosobowej- dokończył wujaszek Harry. – Nie będziecie mogli też przyjechać na święta Wielkanocne.

- Ale jak to? – zbulwersowałam się. Święta Wielkanocne były jednym z najfajniejszych świąt w roku, było już ciepło i słonecznie, ale jeszcze nie upalnie więc przez cały dzień można było grać w Qudditcha.

- Niestety – szef aurorów popatrzył na nas zamglonym wzrokiem jakby coś sobie przypomniał-ale Hogwart jest teraz najbezpieczniej miejscem.

 

Mam nadzieję, że podobał się rozdział. Zapraszam do komentowania.

niedziela, 26 października 2014

Rozdział 9- Marie


Cześć ludziki!

O to nowy rozdział. Nienawidzę siebie samej za to, że jest taki krótki, ale nie byłam w stanie napisać czegoś więcej. Sorry.

Ogólnie jestem przerażona tym, że pod poprzednim rozdziałem pojawił się tylko jeden komentarz. Jeśli pod tym nie będzie co najmniej trzech pisanych przez zupełnie inne osoby, to rozdział 10 pojawi się z opóźnieniem. A mam dla was w planach jeszcze całkiem przyjemna miniaturkę.

Dobra, kończę smęcić i zapraszam do czytania.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Razem z Kate i Sofią biegłyśmy  korytarzami Hogwartu, potykając się o własne nogi i śmiejąc się jakbyśmy właśnie uciekły z psychiatryka. W rękach trzymałyśmy masę cukierków, lizaków i ciasteczek które udało nam się wynieść z uczty Hallowynowej. Miałyśmy zamiar zjeść kulturalnie w naszym dormitorium bez towarzystwa piętnastu niedorozwiniętych przedstawicieli płci głupiej. A to, że wszyscy byli z naszego rocznika nie miało z tym nic wspólnego.

- Stop!- krzyknęła Sofia stając pod kamienną ścianą i zdejmując z głowy kapelusz kowboja- Pięć sekund na oddech- powiedziała dysząc ciężko.

- To był genialny pomyśl z tymi mugolskimi przebierankami- stwierdziłam siadając na ziemi.

- Pomyślałam, że skoro mamy Noc Duchów to fajnie by było pokazać coś fajnego. Dobrze chłopcy pochwycili ten pomysł. Oscar przebrany za kosmitę wyglądał genialnie- stwierdziła Kate. Pokiwałam głową i przetarła ręką lekko spocone czoło. Całe ciało miałam pokryte specjalnym, samoprzylepnym papierem toaletowym i trochę było mi gorąco. Do tego bola mnie głowa i kiepsko się czułam

- Już niedaleko, dasz radę Jaz!

- Nie, Peter. Ja umieram.

- Jaz, proszę.

- Peeeeteeeer!

Otwarłam szeroko oczy słysząc w myślach czyjeś głosy. Przerażające krzyki dwójki ludzi, młodych przerażonych, zmęczonych ucieczką.

- Marie, dobrze się czujesz? – zapytała Sofii patrząc na mnie z lekkim przestrachem. Popatrzyłam na moje przyjaciółki po czym wstałam i ruszyłam korytarzami szkoły. Musiałam znaleźć jakieś spokojne miejsce by porozmawiać. Wiedziałam, że jest jedno takie miejsce. Dawno temu, kiedy jeszcze byłam mała, wujek George wziął wszystkie dzieciaki z rodziny i opowiedział im o różnych tajemnicach Hogwartu. Między innymi wspomniał o wspaniałym Pokoju Życzeń, genialnym pomieszczeniu gdzie wszystko jest możliwe.

- Wchodźcie-  rozkazałam dziewczynom gdy na siódmy piętrze stanęłyśmy przed drzwiami które przed chwilą pojawiły się w ścianie.

Miałam nadzieję, że trafimy do jakiegoś przytulnego pokoju z kominkiem i fotelami, albo chociaż mięciutkimi pufami. Zamiast tego trafiłyśmy do długiej Sali zastawionej stołami, krzesłami i półkami  z książkami. Na niewielkiej przestrzeni powieszono ogromne portrety uczniów szkoły Magii i Czarodziejstwa najczęściej Gryfonów. Rozpoznałam Wujka Georga i wujka Freda, Huncwotów, a także dwóch braci babci Molly, Gideona i Fabiana.

- Opowiesz nam w końcu co się dzieje?- Kate spojrzała na mnie pytająco siadając na jednym z krzeseł. Odetchnęłam głęboko po czym opadając naprzeciwko przyjaciółki zaczęłam wszystko opowiadać.  Powiedziałam im o tym jak to na początku we snach słyszałam głoś mężczyzny śpiewającego największe, czarodziejskie przeboje, a także to, że potem ten sam głos błagał by przywrócić mu honor. Czasami towarzyszył mu głos młodej dziewczyny która w kółko powtarzała to samo zdanie: On jest niewinny, niewinny.

- To nie jest normalne- stwierdziła Sofia bawiąc się swoim warkoczem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale nagle zza pleców moich przyjaciółek wyłonił się duch.

Wysoka około dwudziestoletnia kobieta w długiej do kostek, zielonej sukni z burzączarnych, kręconych włosów unosiła się kilka centymetrów nad ziemią trzymając w jednej ręce skrzypce, a w drugiej smyczek. Wyglądałaby jak każdy normalny duch w Hogwarcie gdyby nie to, że była w kolorze.

- Witajcie- przywitała nas spokojnym tonem nie zwracając uwagi na nasze przerażone spojrzenia.

- Kim jesteś? – zapytałam starając się zachować spokój. Średnio mi to wychodziło. Mój głos drżał, a ręce trzęsły się opętańczo. Miałam ochotę wybiec z pomieszczenia i w tempie natychmiastowym schować się w dormitorium. Wiedziałam jednak, że z zasady nie można uciekać przed osobami martwymi bo i tak nic ci nie zrobią. Chyba, że są inferniusami. Albo Irytkiem.

- Nazywam się Jasmin Patel i jestem, jakby to ująć, waszą opiekunką- wyjaśniła uśmiechając się szeroko.

Dobra to było bardzo dziwne. Słyszałam o zmarłych którzy nawiedzali miejsca gdzie nigdy nie straszyli. Miałam blade pojęcia o poltergisach którzy próbowali zabijać żywych. Ale na wszystkie kawały Freda i Jamesa nigdy nie wiedziałam, że istnieje taka fucha jak duch opiekun.

- Czy możesz rozjaśnić nam sytuacje? – Kate wydawała się dziwnie spokojna. Po tym jak minął pierwszy szok usiadła spokojnie na krześle z założonymi na piersi rękami i nie odrywając wzroku od Jasmin kartkowała jakąś książkę.

- Oh to bardzo proste- duch ( a może duszka?) machnęła ręką- Ale zacznijmy od początku. Kiedyś, kiedy jeszcze żyłam, miałam przyjemność być uczennicą tej szkoły, puchonką, a także przyjaciółką słynnych Huncwotów. To znaczy, tylko jeden z nich uważał mnie za swoja prawdziwą przyjaciółkę, dla reszty byłam tylko zwykłą, ciamajdowatą dziewczyną która się z nimi włóczyła. Śmiali się kiedy zapominałam zadań i doprowadzałam moje eliksiry do wybuchu. Ale mój chłopak, Peter Pettigrew, był inny. Potrafiliśmy całymi dniami siedzieć w Pokoju Życzeń lub nad jeziorem słuchając muzyki. Czasami sami graliśmy i komponowaliśmy różnorakie utwory. Wszystko wydawało się wtedy takie proste, łatwe do przewidzenia.

A potem obydwoje wstąpiliśmy do Zakonu Feniksa. Rzadko braliśmy udział w walkach, częściej oddelegowywali nas do szpiegostwa głównie dla tego, że Peter zamieniał się w szczura, a moją formą ani magiczną był wróbel. Dzięki temu odkryliśmy, że Voldemort uczy się opanowywać starożytny rodzaj magii, a jeśli mu się uda będzie wstanie kontrolować każdego człowieka nie wywołując efektu towarzyszącemu zaklęciu Imperiusa. Dodatkowa ten rodzaj magii jest niesamowicie potężnym. Gdyby Czarny Pan go posiadł w sekundzie bylibyśmy martwi.

Kiedy powiadomiliśmy o naszym odkryciu resztę zakony, nikt nie chciał nam wierzyć. Nawet sam Dubledore uważał, że albo wszystko zmyśliliśmy by być w centrum uwagi albo po prostu się przesłyszeliśmy. Musieliśmy więc działać sami. Wymyśliliśmy plan który miał polegać na całkowitym wyczerpaniu się mocy Toma Riddla w chwili w której pierwszy raz użyje zaklęcia na którymś  ze swoich podwładnych. Nie przewidzieliśmy jednego, w momencie użycia zaklęcia na różdżkę Riddla przez przypadek napatoczył się Peter. Akurat trwała bitwa więc nikt tego nie zauważył. I choć magia Voldemorta, przynajmniej pod tym względem, się wyczerpała to jednak jakaś jej cząstka utknęła w moim ukochanym. Udało mi się go odciągnął z miejsca walk choć sama byłam ciężko ranna i lada chwila mogłam umrzeć. Dalej powinniście wiedzieć co się stało. Na pewno słyszałyście o śmierci Potterów i niby zdradzie Petera. To znane historie więc nie muszę ich wam opowiadać- skończyła Jasmin.

Nie byłam wstanie racjonalnie myśleć. Historia którą przed chwilą usłyszałam kompletnie nie zgadzała się z tym co wszyscy moi wujkowie i ciocie próbowali mi wbic do głowy przez te wszystkie lata. Aż do dzisiejszego dnia słynny dyrektor Hogwartu, Zakon Feniksa i nni przeciwnicy czarnoksiężnika wszech czasów wydawali mi się nieomylni. Co za wtopa!

-  Ale do czego potrzebne jesteśmy my? – zapytałam wstając z krzesła. Nieb

- Tylko wy możecie oczyścić Petera Pettigrewa z zarzutów. A ja wam w tym pomogę.